Skoro zbliżyły się moje 30 urodziny
poczułem tęsknotę za zapachem wiatru, szumem wody i tymi
wszystkimi wspomnieniami, których nazbierał człowiek podczas
kilkunastoletniej przygody z żeglarstwem. Umyśliłem zatem, by
zaprosić znajomych i urządzić spotkanie szantowe – aby choć na
chwilę przywrócić te chwile, gdy Bałtyk, Zatoka Gdańska, Zalew
Szczeciński czy też inne zbiorniki tlenku wodoru szumiały na
burtą, a my śpiewaliśmy nieraz do białego rana to, co nam w duszy
grało.
Usłyszałem od znajomej, że słyszała,
jak w Tawernie pod Kilem ktoś śpiewał szanty. Do takich plotek
należy podchodzić z pewną ostrożnością. W realiach wrocławskich
gdy lokal nazywa się tawerną, znaczy to tylko tyle, że lokal
nazywa się tawerną – poszedłem więc sprawdzić na własne uczy.
I oto plotka okazała się prawdą. W ramach wieczoru z muzyką
irlandzką miałem nawet okazję przyłączyć się do grania i
śpiewania w irlandzko-szantowych klimatach. Oprócz muzyki znalazło
się dość miejsca, na wykonanie kilku nieco skompresowanych
irlandzkich tańców. Czy jest we Wrocławiu lepsze miejsce na
imprezę szantową?
Może nie ma. W każdym razie jest tu
bardziej kameralnie niż w Łykendzie, nie mówiąc już o „Tawernie”
(też tawerna tylko z nazwy) na Wybrzeżu Wyspiańskiego, a całość
stwarza wrażenie zachęcające.
Poszedłem więc na rozmowę by ustalić
szczegóły.
Po wniesieniu bezzwrotnej, rozsądnej
opłaty za dwa główne stoliki imprezowe uzyskałem do dyspozycji
praktycznie pół „Tawerny”. Ustaliliśmy termin imprezy na
piątek, jedenaście dni później, a także i to, że gitarę muszę
przynieść własną, bo nie ma dyżurnej gitary na służbie.
W dzień imprezy, po to kazało się że
każdy z nas wziął swój nowy ulubiony instrument, licząc że
gitarą zajmie się ktoś inny musieliśmy dokonać pewnych zabiegów
organizacyjnych, żeby gitara jednak dojechała.
Następnie wybraliśmy się do baru,
żeby poprosić o nie tyle nawet wyłączenie, co choćby ściszenie
muzyki z głośników, byśmy mogli rozpocząć właściwe
świętowanie.
Okazało się co następuje:
1) Pani nie ściszy muzyki, bo „nie
jesteśmy sami” w knajpie
2) Pani nie ściszy muzyki, bo „jest
piątek”.
3) Pani nie ściszy muzyki, i żebyśmy
jej o to więcej nie prosili, ewentualnie po północy (grubo po
północy) – była bodajże 21:00
Dowiedzieliśmy się zatem, że w
„Tawernie” obowiązują niepisane zasady, że mianowicie grać
bądź śpiewać można po północy, w środku tygodnia i pod
warunkiem, że się jest samemu w knajpie.
Czyli innymi słowy musiałbym po
pierwsze ustalić termin np., na środę, po drugie wynająć całą
knajpę dla siebie i postawić bramkarza, żeby nie wpuszczał nikogo
poza moimi znajomymi, po trzecie wreszcie ustalić termin
rozpoczęcia imprezy na godz. 24:00, a nie 18:00 bądź 20:00.
Szkoda tylko, że nikt mnie o tych
zasadach nie poinformował niecałe dwa tygodnie wcześniej, w
trakcie planowania imprezy. Wtedy nie było problemu z tym, że
rezerwuję stoliki na piątek i przyniosę gitarę.
A więc Pani przy barze uznała, że 15
innym gościom, które bawiły się wówczas w „tawernie” (tzn.
knajpie żeglarskiej), bardziej będzie przeszkadzać szantowanie
moje i 20 gości urodzinowych, niż głośny rock z głośników.
Oczywiście zbyt długo miejsca nie
zagrzaliśmy, zabraliśmy gitarę, harmonijkę, skrzypce i
obiecaliśmy sobie spotkać się niebawem w bardziej przyjaznym
żeglarzom miejscu.
Przy okazji - oto kilka kawałków, jakie
opracowaliśmy przygotowując się do konkursu na Szanty 2005. Mam wszakże
nadzieję, że od tego czasu, pomimo braku regularnych prób w pełnym
składzie, wszyscy poczyniliśmy spore postępy.
http://www.tymek.gower.pl/muzyka/sluza.mp3
http://www.tymek.gower.pl/muzyka/nocel.mp3
http://www.tymek.gower.pl/muzyka/prawdziwa.mp3
Na podsumowanie kilka słów o miejscu
Wystrój:
duży plus. Na ścianach malunki w
klimacie żeglarskim, poobwieszane obrazkami czy też zdjęciami z
żaglowcami. Wprawdzie nikt nie zastosował szczególnego zabiegu, by
połączyć jedno z drugim (jak np. obrazek jako widok przez bulaj),
jednak całość robi bardzo dobre wrażenie, moim skromnym zdaniem
nawet lepsze niż Łykend.
Bardzo dobrym pomysłem okazało się
połączenie namalowanej na ścianie latarni morskiej z latarnią
pozycyjną statku zawieszoną na ścianie.
Ceny: przystępne (por strona
„Tawerny”)
Położenie: pierwszorzędne –
centrum miasta.
Muzyka: Nienajgorsza, ale nieżeglarska
(np. Strachy na Lachy Happy Sad itp.), a w rejonie dużych stolików
bardzo głośna. Nie słychać zatem co mówi osoba naprzeciwko od
ciebie, ale można bez problemu konwersować z osobą, która siedzi
po twojej lewej lub prawej stronie,
Do organizacji imprez w „Tawernie”
+ przez rezerwację dwóch sporych
stolików można uzyskać miejsce na ok. 20 gości po prawej stronie
od wejścia. Liczbę tę można powiększyć przez dostawienie
dodatkowego stolika / dodatkowych krzeseł. Oprócz tego jest jeszcze
trochę miejsca przy stolikach po lewej stronie od wejścia, przy
barze, oraz w małej salce z tyłu.
+ „Tawerna” obsługuje kilka
sposobów częstowania gości, a mianowicie 1) Dzwon (kolejka dla
wszystkich) 2) Otwarty rachunek organizatora imprezy u barmana 3)
Żetony, które można kupić u barmana i rozdać gościom w mirę
zapotrzebowania (niewykorzystane można zwrócić, ale w moim wypadku
nie było takiej potrzeby)
+”Tawerna” udostępnia lodówkę do
przechowania tortu.
+ Przyniosłem talerzyki i łyżeczki
jednorazowe, obsługa była pomocna w ich uprzątnięciu, jak również
w przygotowaniu do transportu akcesoriów związanych z tortem.
– niepisane zasady, o których
dowiadujesz się już na miejscu, po wniesieniu opłaty za
rezerwację, zaproszeniu gości i zakupie żetonów, a także brak
elastyczności w ich egzekwowaniu.
„Prawda nie jest czemś, co jeden posiada, a czego inny nie posiada, tak
myśleć o prawdzie mogą co najwyżej chłopi lub apostołowie chłopscy w
rodzaju Lutra”
Nietzsche, Antychryst, przeł L. Staff, Mortkowicz, Warszawa 1907; s. 82
Kim jest chłop (jako ten co właśnie kiedyś posiadał najmniej), że Nietzsche przypisuje mu najbliżczy stosunek do posiadania? Co miałaby znaczyć grzeczność, którą autor próbuje tu wyświadczyć Lutrowi?
Od tego trzeba na razie abstrahować.
Warte namysłu jest zastosowane tu pojęcie prawdy. A raczej Prawdy. Nie chodzi bowiem o prawdziwość, jaka przysługiwać może jednemu zdaniu, innemu zaś nie (choć wszakże o nią chodzić by mogło).
Jeśli zaś mowa o prawdziwości, któ¶a przysługuje wszystkiemu, mamy do czynienia z teologiczno-ontologicznym pojęciem prawdy.
Nietzsche wszakże, jako neokantysta, nie mógł rozumieć takiej prawdy inaczej jak w sposób transcendentalny, tzn. jako warunku (samo)rozumienia (podobnie jak wartości swój dowód i rzeczywistość uzyskują dlań tylko i wyłącznie jako konieczny warunek istnienia).
werden immer wieder Einzeldisziplinen als Deutungsmuster
verabsolutiert, wie auch innerhalb der Einzeldisziplinen höchst
unterschiedliche, vielfach konträre Positionen vertreten werden1.
1Theo
Meyer, Nietzsche und die klassische Moderne,[w:]
Marta Kopij, Wojciech Kunicki, Nietzsche und Schopenhauer.
Rezeptionsphänomene der Wendezeiten,Leipziger
Universitätsverlag, Leipzig 2006, s. 14.
Dowiedziałem się dzięki niej, to co
wiedziałem wcześniej, tzn. że często pytający ma na myśli co
innego, niż to, co intendowane w pytaniu. Ale cóż daje taka
wiedza? Wiem, także, że zarzuty wobec doktoranta formułuje się w części tajnej - zwłąszcza wtedy, gdy są tak bezzasadne, że usłyszawszy je w części jawnej bez trudu by je obalił, dowodząc niekompetencji zarzucającego. Wiem także, że łatwo krytykować doktorat nie czytając.
Ci co mogli przeczytać i skrytykować kompetentnie – nie przybyli.
Przybyć to znaczy skrytykować. Albo więc docenili jej wartość i
uznali, że nie warto krytykować. Albo ocenili bezwartość i nie
chcieli jej jeszcze bardziej pogrążać.
Za to usłyszałem niesamowicie
instruktywne wywody o całych krokach, półkrokach i ćwierćkrokach
:) Muszę zapamiętać to rozróżnienie, bo może się w życiu
przydać. Zawsze, gdy znajdujesz się w drodze możesz zapytać
profesora, który wie lepiej dokąd ona wiedzie, o to, w jakiej fazie
kroku zawsze się znajdujesz.
Co poniektórzy skompromitowali się
zadając pytania, wykazujące ich niekompetencję z zakresu filozofii
Nietzschego i wykazując brak zrozumienia moich odpowiedzi. Albo
komunikscujnś, zadając zbyt dużo pytań naraz – dzięki czemu również i ja
miałem okazje się skompromitować, odpowiadając tylko na jedno z
pięciu. Ale ogólnie miło, bo wszyscy starali
się trzymać tematu – a nie na wszystkich obronach ten warunek
jest spełniony.
Dowiedziałem się również, że - w ocenie najlepszych specjalistów - autor książki filozoficznej nie powinien się trudzić, aby uzupełnić stan badań o coś nowego. Nie powinien wychodzić od tego, co już zbadano aby zbadać coś nowego. Przeciwnie, powinien tworzyć masy makulatury powtarzając wszystko to, co i tak od dawna wszystkim jest wiadome. Wtedy oceniający będą zadowoleni, bo usłyszą to, co sami wiedzę - a w związku z tym pozytywnie się odniosą do kompetencji autora. Ale przy takiej strategii filozofia stanie się nie tyle nauką, co formą samoprzedrzeźniania się dyskursu literckiego o niskim poziomie, zatrzymującego się na fetyszu tekstu, a nie docierającego do jego znaczenia. Cóż - można i tak.
Przed obroną mnie zrecenzowano, teraz
sam piszę recenzję.
Moje pisanie zwykle wychodzi za poważnie na bloga.
Ale nie wszystko stracone
Właśnie kończę dysertację o Kancie i Nietzschem.
A okazuje się, że już o tym artykuł w encyklopedii:
Następną osobą tolerowaną przez Pana N. był filozof Friedrich Albert Lange. Tu się zatrzymamy na chwilę. W czym był dobry Lange, w czym chciał być dobry Nietzsche? Otóż dobry był w byciu nowym Immanuelem Kantem.
Jasne wszak jest, że jeżeli Nietzsche chciał się "uzbroić"
filozoficznie zapożyczając od I. Kanta musiał to zrobić jakoś
pośrednio, gdyż Kant nie miał ani imienia ani nazwiska choćby podobnie
brzmiącego jak Friedrich Nietzsche.
Zmieszanie.
Góry zdołem, strony lewej z prawą, a także siły przyciągania z siłą odpychania. Nade wszystko zaś chaosu z porządkiem. Albowiem mieszanie się zachodzi zapewne wedle pewnej reguły. Wszakże, o ile przecież (w poznaniu) nie jest ona ustalona, jawi się to wszystko bardzo bałaganiarsko.
Brakowi uztalenia nadaje formę przepływ. Medium czasu, jak zwykle, musi wziąć na siebie ciężar godzenia sprzeczności. A także i nadzieje - że jakimś z przejściowych końców ruchu jest stan sensowny i uporządkowany.
Tym nie mniej, w wyabstrahowanym z czasowości teraz dane jest jedynie skrajne nieokreślenie.
Wobec niego nei da się nic powiedzieć.
A - skoro samym milczeniem powiedziałoby się już za dużo - niechże przemówi poeta.
Może Słowa Innego pokryją Zmieszanie
Zaratustra zstępował samotny z gór, nie spotykając po drodze nikogo. Gdy
jednak w las się zanurzył, stanął nagle przed nim starzec, co opuścił chatę swą
świętą, aby korzonków szukać po lesie. I rzekł starzec do Zaratustry temi
słowy:
– Nie jest mi obcy ten wędrowiec; przed laty przechodził on tędy.
Zaratustra zwie się; jednakże przeobraził się on.
Wonczas niosłeś swój popiół w góry; chceszże dzisiaj swój ogień nieść w
doliny? Nie obawiasz się kary podpalacza?
O tak, poznaję Zaratustrę! Czyste jest jego oko, a wokół ust jego nie czai
się wstręt. Czyż nie stąpa on jako tancerz?
Przeobrażony jest Zaratustra, dziecięciem stał się Zaratustra, ocknięty
jest Zaratustra. I czegóż ty chcesz pośród śpiących?
Żyłeś w samotności, jako w morzu, i morze niosło ciebie. Biada, chceszże
teraz na ląd stąpić? Biada, chceszże znowu o własnych siłach wlec swe ciało?
Zaratustra odparł: – Kocham ludzi.
– Czemuż – rzekł starzec – usunąłem się i ja niegdyś w lasy
i w głusz samotną? Czyż nie dlatego, żem ludzi nazbyt ukochał?
Teraz miłuję Boga, nie kocham ludzi. Człowiek jest rzeczą zbyt niedoskonałą.
Miłość ku ludziom zabiłaby mnie.
Zaratustra odparł: – Cóżem ja o miłości mówił! Niosę ludziom dar.
– Nie dawaj im nic – rzekł święty. – Raczej ujmij im nieco i
dźwigaj z nimi społem. Tem najbardziej im wygodzisz: obyś sobie jeno tem dogodził!
A jeśli chcesz ich koniecznie obdarzać, nie dawaj więcej nad jałmużnę i każ
im jeszcze żebrać o nią!
– Nie – odparł Zaratustra – nie dawam jałmużny. Nie jestem na
to dosyć ubogi.
Święty zaśmiał się z Zaratustry i rzekł w te słowa: – Bacz więc, aby
przyjęto twe skarby! Nieufni są oni względem samotników i nie wierzą, abyśmy
przychodzili, by obdarzać.
Kroki nasze dźwięczą im zbyt samotnie po pustych ulicach. A gdy po nocy w
swoich łożach, na długo przed wschodem słońca czyjeś kroki zasłyszą, pytają
wówczas: dokąd zmierza ten złodziej?
Nie chodź do ludzi, pozostań w lesie! Udaj się raczej do zwierząt! Czemu nie
chcesz być jako ja – niedźwiedziem pośród niedźwiedzi, ptakiem pośród ptaków?
– I cóż robi święty w lesie? – zapytał Zaratustra.
Święty odparł: – Pieśni składam i śpiewam je, a gdy pieśni składam, śmieję
się i płaczę, i pomrukuję z cicha: tak Boga chwalę.
Śpiewem, płaczem, śmiechem i pomrukiem chwalę Boga, który jest moim Bogiem.
Lecz cóż to niesiesz ty nam w darze?
Gdy Zaratustra te słowa usłyszał, pokłonił się świętemu i rzekł: – Czemże
was mógłbym ja obdarzyć? Pozwólcie mi jednak odejść czem prędzej, abym wam
czego nie odebrał! – I tak oto rozstali się ze sobą starzec i mąż, śmiejąc się
jako dwa żaki.
Gdy Zaratustra sam pozostał, rzekł do swego serca:
"Czyżby to było możliwe! Wszak ten święty starzec nic jeszcze w swem lesie
nie słyszał o tem, że Bóg już umarł!"
Tako rzecze Zaratustra, oczywiście ten Nic-zeański
Habermas postuluje
ujęcia założenia o racjonalności partnera w komunikacji jako
koniecznego do przyjęcia, ale ewentualnie kontfaktycznego. Innymi
słowy: bywa, że musimy je zrewidować jako w danym wypadku przyjęte
niesłusznie.
"Niezrozumiałe i
osobliwe, dziwaczne i zagadkowe wypowiedzi prowokują dociekliwe
pytania i wywołują irytację dlatego, że implikują bezzasadność
nieuchronnego w działaniu komunikacyjnym założenia"1.
1Jürgen
Habermas, Działanie
komunikacyjne i detranscendentalizacja rozumu, s.
20-21.
Właśnie na tym polega problem, żeby rozróżnić: kiedy sytuacja dotyczy czegoś "zagadkowego" i trzeba pytać dociekliwie, aby uratować komunikację. A kiedy - pojawia się wątpliwość co do możliwości samej komunikacji. Możliwości, o której nie można już dyskutować, sama bowiem dyskusja jest już komunikacją. Habermas zwraca uwagę, że zwykle zakładamy, że z drugą stroną można się dogadać (to właśnie wyraża owo "założenie racjonalności").
Nawet jeśli druga osoba odbiega od idealnego wyobrażenia, jakie mamy na temat procesu komunikacji ignorujemy wedle Habermasa tę różnicę. Przemilczamy - bo o czym tu mówić? To, co podlega przemilczeniu to najbardziej fundamentalne założenia określające daną relację. Nie mówi się o nich - być może dlatego, że wydają się oczywiste. Zaś możliwość ich niespełnienia może nie tyle niewyobrażalną, co nieakceptowalną
Owo rozróżnienie: na temat fundamentalnego założenia nie rozmawiamy - bo musimy w nie wierzyć, i tylko mocą tej wiary przystępujemy do rozmowy (nawet jeśli ją już od jakiegoś czasu prowadzimy). Z drugiej strony, owych "dziwacznych" wypowiedzi, którym towarzyszy dociekliwość wydaje się bardzo trafne. Czy jednak to, że czasami tak rozróżniamy znaczy, że tak czynić powinniśmy? Czy rzeczywiście dociekliwość dotycząca rzeczy najmniejszych jest w stanie rozstrzygnąć spełnienie lub niespełnienie zasadniczego założenia?
W internecie można znaleźć piękne dowody. Przydatne przede wszystkim filozofom przygotowującym się do obrony.
Morganbesser:
If not p, what? q maybe?
Galen Strawson
Anyone who says that not-P is using the terms differently from me.
Therefore P.
Oraz najlepsze:
Goldman:
Several critics have put forward purported "counterexamples" to
my thesis that p; but all of these critics have understood my thesis in a
way that was clearly not intended, since I intended my
thesis to have no counterexamples. Therefore p.
Oczywiście nie są to cytaty, tylko tendencyjne interpretacje, które jednak starają się ująć najstotniejszą część argumentu stsosowanego przez danego :)
Więcej kwiatków na :
http://consc.net/phil-humor.html
Czy istnieje jakaś semantyczna różnica
pomiędzy wyrażeniami pojęcie: „podmiot” a
pojęcie podmiotu?
Drugie wydaje się bardziej zgodne z gramatyką języka polskiego.
Przyjęto w niej bowiem, że rzeczowniki odmieniamy przez przypadki.
Poprzez zastosowanie cudzysłowia słowo „podmiot” przestaje być
już traktowane jako rzeczownik. Mamy do czynienia jedynie z ciągiem
znaków.
Czy
wyrażenie pojęcie: „podmiot”w
ogóle jest sensowne. Pojęcie to przecież nie to samo co
słowo. Desygnatem wyrażenia słowo: „podmiot” jest
ciąg znaków „podmiot”, pojmowany w abstrakcji od jego
przedmiotowego odniesienia. Historyk filozofii może pytać: jak ten
czy ów rozumie słowo: „x”. Zadając to pytanie wychodzi
od pewnego materiału tekstowego, w którym pojawia się dane
słowo. Następnie, przy zastosowaniu wszelkich dostępnych mu metod
dochodzi do zrozumienia znaczenia, jeki owemu słowu przypisuje
konkretny filozof. Innymi słowy, historyk precyzuje, jakie pojęcie
wyraża dany filozof przy pomocy owego słowa.
Cudzysłów
ma tu do spełnienia bardzo ważną funkcję. Jeśli mówię,
że jakiś filozof używał słowa: „x”, daję
tym samym do zrozumienia, że moje (a także i odbiorcy mojego
tekstu) rozumienie znaczenia słowa : „x” może być inne, nić
to, którym dysponował omawiany autor. Owo „x” jest cudzym
słowem.
Pojęcie to nie
tylko słowo. To także cechy, na podstawie których odróżniamy
przedmiot będący desygnatem owego pojęcia od przedmiotu, który
nim nie jest. Pojęcie ma też aspekt pragmatyczny. To, w jakich sytuacjach używane jest dane słowo również należy do związanego z nim pojęcia - współokreślajęc jego sens.
W
wyrażeniu pojęcie podmiotu występuje
dopełniacz. Jak należy go rozumieć? W łacińskim genetivus
wyraża się pochodzenie.
Rzeczownik „kowala” znaczy zatem „wywodzący się od kowala”,
czyli jest tożsame z „kowalski”, albo „kowalowy”. Przy
pomocy dopełniacza wyrażamy także przynależność. Słowo
„kowala” znaczyć może „należący do kowala” albo „związany
z kowalem”.
Desygnatem
wyrażenia: „problem podmiotu” jest problem, który
charakteryzowany jest bliżej właśnie przez to, że wiąże się z
podmiotem. Podobnie, sformułowanie „problem wolności” desygnuje
problem, który wiąże się z wolnością.
Wyrażenie
problem „podmiot” albo
problem „wolność”
wydaje się nie mieć sensu. Bo nawet jeśli mówimy, że
„wolność jest problemem” wyrażenie to jest metaforyczne.
Problemem może być samo osiągnięcie wolności. Osiągnięcie
wolności może być trudne, to znaczy problematyczne. Problemem może
być również: „jak pomyśleć świat, żeby wolność była
możliwa?”. Albo: „co zrobić, żeby stać się wolnym?”. Jak
pokazują powyższe przykłady, problemy filozoficzne wyrażają się
w zdaniach. Desygnatem pojęcia „problem wolności” jest sytuacja
problemowa, która zmusza do zadawania takich pytań. Sytuacja
ta wiąże się co prawda o tyle z pojęciem wolności (tzn. ze
słowem wolność i jego znaczeniem), nie jest to jednak relacja
identyczności, która pozwalałaby desygnat słowa „wolność”
uczynić bez żadnej dodatkowej konwencji nazwą problemu.
Pojęcie wolności
określa denotację słowa „wolność”. Nie można utożsamiać
słowa i pojęcia. W pojęciu filozoficzne zawiera także konotację,
pragmatykę, a także (w pewnym sensie) – swą historię. Często
jest tak, że w filozofii nie możemy zdefiniować pojęcia przy
pomocy innych pojęć, gdyż grozi to cofaniem się w nieskończoność.
Dlatego, przynajmniej niektóre pojęcia musimy określać
przez ich historię, to znaczy przez rolę, jaką pełniły w
stawianiu i rozwiązywaniu określonych problemów
filozoficznych.
Pojęcie
podmiotu, to pojęcie, które wiąże się ze słowem
„podmiot”. Zawiera oprócz samego słowa jeszcze jego
znaczenie.
Podobnie problem
podmiotu. Jest to zespół pytań, które wiążą się
ze słowem „podmiot”. (Np. jak powinniśmy rozumieć to słowo,
żeby było sensowne). Tutaj również istotne jest znaczenie
danego słowa, a nie słowo samo.
Pojęcie
(przynajmniej filozoficzne) wydaje się semantycznie bliższe
problemowi niż słowu.
W
historii filozofii wygodniejsze jest zajmowanie się słowami niż
pojęciami czy problemami. Nie musimy wtedy zajmować się
interpretacją. Ale wygoda ta jest pozorna. Bowiem jeśli powiemy
„Filozof A słowo „x” rozumiał jako y”, to już słowa y
używamy w naszym własnym
języku. A więc już słowo y musimy
zaczerpnąć z własnego języka, a nie z języka owego filozofa.
Aby
zajmować się problemem x u
filozofa Asłowa
„x” musimy używać w stylizacji przedmiotowej, a nie
słownikowej. To znaczy musimy zaczerpnąć je ze swojego własnego
języka, a nie z języka danego filozofa.
W ten sposób problem autonomii możemy znaleźć np w myśli
filozofa, który nie posługiwał się słowem „autonomia”,
ale np. „wolność”, „niezależność”, albo
„samoregulacja”.
Sformułowanie
pojęcie:
„podmiot” jest
mylące (jeśli, i o tyle, o ile), jego założeniem sensowności
jest utożsamienie słowa i pojęcia. Utożsamienie o tyle
niesłuszne, że redukując zakres znaczeniowy słowa „pojęcie”
do zakresu znaczeniowego słowa „słowo” stawiamy siebie w bardzo
trudnej sytuacji – bo brakuje nam słowa, na określenie tego, co
normalnie nazywamy słowem „pojęcie”.
Utożsamienie takie musi zachodzić, o ile wartością jaką zwraca
funkcja brania w cudzysłów (dla argumentów mających
naturę ciągu znaków) jest jedynie nazwa danego ciągu
znaków. A więc nazwa słowa. Słowa, nie pojęcia. Jeśli
dobrze interpretuję znaczenie cudzysłowu to wyrażenie pojęcie
„x” jest contradictio
in adjectio.
Nietzsche pisze, że
dzięki fizyce poznajemy tylko prawa rządzące następstwem i
współwystępowaniem zjawisk, ale to jeszcze nic nie wyjaśnia.
W zrozumieniu tej
myśli może okazać się płodne rozwinięcie zastosowanej przez
niego metafory optycznej. Poznanie fizyczne nie przedstawia
przedmiotów w medium światła. Jest ciemno – możemy tylko
ich dotknąć poznać ich kształt.
Również
James wskazuje silne w myśleniu zdroworozsądkowym przekonanie, że
rzeczywiście istnieje tylko to i wszystko to, czego można dotknąć.
Fizykę (a w zasadzie mechanikę Newtona, która w czasach Nietzschego i Jamesa nie straciłą jeszcze autorytetu wzoru naukowości) można pojmować jako rozwinięcie tego poglądu.
Nie widzimy wszakże
w jej obrębie - kolorów. Aby było to możliwe potrzebne
jest źródło światła. To co dostrzegane nie ma znaczenia –
potrzebne jest jego źródło. Znaczenie wypływa z podmiotu –
jako żywej istoty, która ma potrzeby, której na czymś
– niedowolnie – zależy. Wyjaśnienie powiedzie się jedynie
wtedy, gdy to co poznawane zostanie określone w jego relacji do tych
potrzeb, ujęte zostanie poprzez pojęcie takiej „zależności”
albo (jakby to ujął Heidegger) – troski.